Jak dziś pamiętam, kiedy parę lat temu po raz pierwszy
stanęłam przy rozpadającej się, starej kuchence akademickiej. Na zewnątrz
świeciło piękne, jesienne słońce, a we mnie szalała burza emocji, strach przed
włączeniem tego cudeńka, a przede wszystkim strach przed stworzeniem
czegokolwiek, co byłoby godne zjedzenia. Umówmy się ... nie miałam zielonego
pojęcia o gotowaniu!!! Moja mama kuchara z dziada pradziada a specjalność mojej
kuchni to zaledwie ziemniaki z ognia, czyli zwęglone i zazwyczaj przesolone
kartofle :D. Za każdym razem, gdy długim korytarzem zmierzałam ku otchłanią
kuchennych piekieł, w głowie kołatało mi zawsze jedno - głos mojego taty, który
przez cały czas tłukł mi do głowy: " Idź do kuchni, popatrz jak mama
przygotowuję obiad, kiedyś Ci się to przyda" , ale zawsze w tym czasie leciał
fajny serial w telewizji, wpadła kumpela itp. itd. - jedno jest pewne, zawsze potrafiłam znaleźć milion wymówek. Było ciężko .... Spalona kasza, ryba z
mikrofalówki i kurczak w gorzkiej czekoladzie przyprawiający wszystkich o
mdłości. O moich kulinarnych porażkach z pewnością mogliby poświadczyć nasi
dobrzy znajomi, którzy wcześniej dzielili z nami małe akademickie lokum.
Pamiętam taką zabawną historię, gdy pewnego bardzo mroźnego ( -12), zimowego
wieczoru na 9 piętrze akademika okna pootwierane były na oścież, ponieważ
niezrażona wcześniejszymi klęskami postanowiłam zaserwować mojemu mężowi
paluszki rybne w cudnej panierce.
Rybne paluszki+mikrofalówka+serial= dużo
smrodu i potrzeba wietrzenia.
Z perspektywy czasu nie polecam tej nowoczesnej
metody gotowania :D.
Pełna optymizmu postanowiłam jednak przebrnąć przez morze zakrwawionych palców oraz stosy spalonych garnków. Wszystko to po to by móc po latach usłyszeć od mojego męża: " Kochanie teraz Bogu dziękuję za te wszystkie spalone garnki, obiad jest pyszny":).
Pełna optymizmu postanowiłam jednak przebrnąć przez morze zakrwawionych palców oraz stosy spalonych garnków. Wszystko to po to by móc po latach usłyszeć od mojego męża: " Kochanie teraz Bogu dziękuję za te wszystkie spalone garnki, obiad jest pyszny":).
Skąd idea bloga? Po długich miesiącach urlopu
macierzyńskiego, a potem dotknięta wszechobecnym bezrobociem potrzebowałam
swojego miejsca. Przestrzeni, w której
bezkarnie mogłabym się wygadać. Mam nadzieję, że wiedza, którą zdobyłam
czytając stosy książek kulinarnych oraz
miliony godzin spędzonych na oglądaniu przeróżnych programów o gotowaniu komuś
się przydadzą. Może w październiku jakaś „Sierotka Marysia”, która dopiero co
wyrwała się spod skrzydeł mamy, dzięki
moim notką nie będzie bała się wejść do akademickiej kuchni :D:D:D „Smaki tęczy”,
a może raczej „ Z pamiętnika kury domowej”, bo mam tu zamiar zamieszczać nie
tylko przepisy, ale również dobre rady, wynikające z moich wcześniejszych
doświadczeń i pewnie jeszcze masę innych rzeczy, które mi w danej chwili wpadną
do głowy. Nie jestem zawodowym
kucharzem, dlatego nie wszystkie zamieszczane przeze mnie przepisy będą
tylko mojego autorstwa. Jesetem
otwarta i czerpię skąd się tylko da
:D:D:D:D
Zapraszam!!! Mam nadzieję, że moja forma terapii i
uspołecznienia sprawi Wam tyle samo radości, co mi.
0 komentarze:
Prześlij komentarz